Return to site

Sukces – czy można się go bać?

Życiowe zmiany? Nowa praca, własna działalność lub awans. Obawiamy się, że możemy nie dać rady, lecz czasem podskórnie czujemy, że sukces byłby bardziej przerażającą opcją. Dlaczego?

Magda już od kilku lat pracuje w tej samej firmie. Wpada z rana do biura, ciągle widzi te same twarze – jednych lubi bardzo, innych mniej. Są też tacy, na których woli się nie natykać przed poranną kawą. Przyzwyczaiła się już obowiązków, do tego, co może ją czekać każdego dnia. Gdy ktoś ją pyta, co tam w pracy, nie chce się specjalnie rozwodzić – jest jak jest, w końcu życie to nie tylko praca. Jeszcze jakiś czas temu chciała coś zmienić: być może przejść do innej firmy, może założyć własną. Czegoś jednak zabrakło. Czego? Nie bardzo wie…

Magda bała się porażki. Że w nowym miejscu nie da sobie rady. Że pomysł na własny biznes, który miała, nie wypali. Zmagała z tymi obawami, choć miała poczucie, że są odrobinę na wyrost. Wiedziała, że zmiana będzie ją kosztować wiele wysiłku, nauki, była przygotowana na przeżywanie trudnych emocji związanych z momentami, gdy będzie musiała powiedzieć „nie wiem” czy „nie potrafię”. Wiedziała jednak też, że te dwa słowa może poprzedzić partykułą „jeszcze”, a potem zakasać rękawy, dowiedzieć się i nauczyć. Problem był jednak gdzie indziej. Magda bała się sukcesu. Ten byłby dużo trudniejszy – zburzyłby świat, w którym już wszystko było poukładane i miało swoje miejsce. Musiałaby się zmierzyć z zupełnie innymi problemami, stanąć przed innymi wyzwaniami. Czego konkretnie możemy się bać w sukcesie? Obaw może być co najmniej kilka, z każdą może wiązać się też konkretna walka duchowa – możemy słyszeć mały diabelski podszept, który będzie mówił nam coś nieprawdziwego o nas samych czy o Bogu, zniekształcając Jego i nasz obraz. Jakie to konkretne obawy i podszepty?
 
Konflikt wartości
Sukces może zmieniać ludzi. Każdy z nas jest w stanie przytoczyć historie osób, które nagle się wzbogaciły, zajęły wysokie stanowisko – i zmieniły się nie do poznania. Odgrodziły się wysokimi płotami, zerwały kontakt z ludźmi, którzy wcześniej byli dla nich bliscy. Potem być może rozpadły się ich małżeństwa – bo osoby te były tak zajęte pracą, że nie miały czasu nawet na to, by spędzić popołudnie z własnymi dziećmi. Podświadomie możemy obawiać się, że to jest właśnie cena sukcesu – że może tak stanie się i z nami. A wówczas nie damy rady sukcesu pogodzić na przykład z moralnym życiem, wiarą w Boga, wiernością w związku czy innymi ważnymi dla nas wartościami.

 
Czy ja się do tego nadaję?
Na przyjęcie sukcesu może blokować nas też poczucie niegodności lub niewystarczalności. Mamy wtedy poczucie, że do takich rzeczy nadają się inni, a nie ja sam. Dla mnie przeznaczone jest raczej miejsce gdzieś na końcu sali, a nie w pierwszym rzędzie. Nie chodzi tu nawet o poczucie braku kompetencji, co raczej o przekonanie na temat tego, co nam się należy lub do czego możemy dać sobie prawo. Często mamy wobec siebie dużo wyższe wymagania niż wobec innych, jednocześnie nie dając sobie prawa do własnych potrzeb, pragnień albo do popełnienia błędów. Koncentrujemy się na własnych słabościach, a nie na silnych stronach. Stawiamy potrzeby innych przed własnymi, najczęściej usprawiedliwiając to jeszcze Ewangelią.

Upadek z wysokiego konia
Lęk przed sukcesem może być również ukrytą obawą przed jeszcze większą porażką. Wyobrażamy sobie nie tyle, że nie coś nam się nie powiedzie, ile raczej żyjemy w strachu, że za chwilę ktoś odkryje, że tak naprawdę nie powinniśmy tu być. Obawiamy się tego, że wtedy upadek będzie jeszcze bardziej bolesny – bo z wyższego konia i to w momencie gdy będą na nas skierowane zarówno reflektory, jak i wzrok większej liczby widzów. Wtedy wyda się, że tak naprawdę do tego się nie nadawaliśmy, bo nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Słyszymy na ramieniu głos „A ty myślisz, że kim jesteś?”, który nas paraliżuje i przez to nie potrafimy zrobić kroku do przodu.
tonąć, gdy zamiast na Boga i Jego możliwości zaczął patrzeć na swój strach i ograniczenia.
 
Na innym stołku
Co w takim razie powinna zrobić wspomniana na początku artykułu Magda? Co może zrobić każdy z nas będący w podobnej sytuacji? Z pewnością możemy puścić wodze fantazji i zobaczyć, jaki scenariusz układa nam się w głowie, gdy myślimy o swojej przyszłości. Co jest w niej ciekawego i pociągającego, a co przeraża i powstrzymuje przed zrobieniem pierwszego kroku. Warto byłoby również przyjrzeć się własnym przekonaniom na temat siebie samego i świata – czy wspierają nas w dążeniach, czy raczej ograniczają. Wreszcie – warto porozmawiać o tym wszystkim z Bogiem i zapytać Go: „A Ty gdzie mnie widzisz?”. I z pokorą przyjąć odpowiedź – nawet jeśli wskazane przez Boga miejsce będzie na znacznie wyższym lub zupełnie innym stołku niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

Ten artykuł, w szerszej wersji, znajdziesz w Przewodniku Katolickim - tam również znajdziesz więcej moich tekstów.

Na koniec jeszcze jedna uwaga praktyczna. Czasem może nam być trudno zmienić pewne sposoby myślenia, czy pokonać ograniczenia. W takich sytuacjacj konkretną formą pomocy może być właśnie coaching. Być może warto przez kilka godzin poszukać dobrej drogi po to, by potem nie mieć wątpliwości, czy idziemy we właściwym kierunku... Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat tego czym coaching jest i co Ci może dać - spójrz tutaj.
 

All Posts
×

Almost done…

We just sent you an email. Please click the link in the email to confirm your subscription!

OK