W ostatnich tygodniach zadziwia mnie jak wielką siłę mają słowa wypowiedziane przez ważne dla nas osoby w dzieciństwie. Spotykam ludzi, którzy słyszeli „tobie zawsze się udaje”, „tacy jak ty zawsze spadają na cztery łapy”, „ty sobie zawsze dasz w życiu radę” – i rzeczywiście tak jest.

Z drugiej strony słyszę o tkwiących jak cierń w pamięci słowach: krzywdzących ocen „jesteś głupi”, przepowiedni: „do niczego w życiu nie dojdziesz”, czy retorycznych pytań: „co z ciebie wyrośnie?”.

Zastanawia mnie, co sprawia, że słowa wypowiedziane kilkanaście lat temu wciąż mają moc. Dlaczego stają się przekonaniami, z których ich adresaci czerpią siłę lub częściej – z którymi walczą i próbują udowodnić, że nie są prawdziwe. Mam wrażenie, że jedną z rzeczy, która nadaje im moc jest więź jaka łączy ich autora z adresatem. Zazwyczaj są to osoby dla nas ważne – rodzice, nauczyciele, bliscy. Właśnie ze względu na tę więź wierzymy w to, co mówią. Czasem do tego stopnia, że pomimo wielu doświadczeń przeczących krzywdzącym słowom – trudno nam się z nich otrząsnąć.

Przemyślenia o roli słów wobec osób z którymi łączy nas głęboka więź wracają, zwłaszcza gdy myślę o moim niespełna rocznym synku. Codziennie widzę, jak się rozwija. Z każdym dniem coraz więcej rozumie. Myślę co robić i jakich słów używać, by wyrósł na człowieka pełnego wiary w Boga, w siebie, i w to, że otaczający go świat jest dobry.

Z drugiej strony zastanawia mnie to w kontekście wiary w Boga. Jak sprawić, by być człowiekiem coraz bardziej wierzącym nie tylko w Boga, ale również Bogu. Mam wrażenie, że odpowiedzią jest tworzenie głębokiej więzi z Nim – jeśli to będzie dla mnie coraz bardziej istotne, to łatwiej będzie mi wierzyć w pełne miłości słowa o tym kim jestem, niż w to co będzie mi próbował udowadniać świat.

Ten tekst pierwotnie ukazał się w Przewodniku Katolickim.

Add paragraph text here.

All Posts
×

Almost done…

We just sent you an email. Please click the link in the email to confirm your subscription!

OKSubscriptions powered by Strikingly